A MOŻE TAK WSZYSCY PRZEJDZIEMY SOBIE NA TY


Dzień dobry pani, panu, witam państwa, co państwu podać i oczywiście: "Będzie Pani zadowolona"

Jest w naszym kraju dziwny, moim zdaniem, zwyczaj i nic nie wskazuje na to, aby coś w tej kwestii miało się zmienić. Bo bez przesady jaka ze mnie, dwudziestolatki, z wzrostem karła, Pani? Mam na imię Natalia. Cześć i czołem. Czy naprawdę musimy budować mury tam, gdzie ich nie ma? Forma grzecznościowa, która została przyjęta w naszym kraju, według mnie oddala ludzi od siebie. W innych krajach sprawa w ogóle nie istnieje: wszyscy do siebie mówią po imieniu. Niektórzy zazdroszczą Anglikom i Amerykanom: a angielskim prawie do wszystkich (oczywiście istnieje forma jak Pan/Pani) mówi się "you" – i to zamyka cały temat. Norwegia jest także jednym z tych krajów w których się tyka od samego początku poznania. Nie ma hierarchii i wywyższania się. Patrzenia się na wiek czy status danej osoby. Wszystkich traktuje się na równi. 

Jedni mogą powiedzieć, że mówienie "na ty" może przerodzić się w brak odpowiedniego szacunku do drugiej osoby. Jednak mimo tego, że w Norwegii mówi się do nauczycieli/ wykładowców po imieniu, nikt nie krzyczy z końca sali "Ej Baśka, mnie dziś nie pytaj, bo wczoraj popiłam". Albo będąc kelnerką, nigdy nie powiedziałam nikomu "no to nara, wypierdalać, bo zamykam". 

W języku angielskim, czy też norweskim, to, że z kimś jesteśmy na ty, wcale nie oznacza, że zostaliśmy kolegami. To po prostu zwrot, który pomaga nam w komunikacji z osobami, z którymi mamy na co dzień do czynienia. Ale nie każdy Polak jest to wstanie zrozumieć i uważa to za pewnego rodzaju "gratyfikację".

Ale jak dla mnie absurdem jest to, że w Polsce przychodząc do knajpy w której pracuje dziewczyna w moim wieku, albo troche stasza rzuca mi na wejściu: co dla Pani? Ok. Pewnie tego od niej wymagają. Ale na miłość boską, do rówieśnika? Przecież metr za progiem tego lokalu mówienie sobie na Pani było by absurdalne. 

Uważam, że Pan/ Pani są kompletnie niepotrzebnym klasyfikatorem, który do komunikacji nie wprowadza wiele. A w zasadzie nic. Ale jakoś nadal się go kurczowo trzymamy. I co gorsza często uważa się, że jest świadectwem dobrego wychowania. A na pewno jest świadectwem nawyków, które nam wpajano w dzieciństwie, ale czy dobrym?

Moja najmłodsza siostra, która miała zaledwie rok kiedy wyprowadziliśmy się do kraju fiordów nigdy tej formy nie poznała. I teraz, kiedy przyjeżdża raz na rok do Polski, wchodząc do sklepu mówi do ekspedientki "na ty" (bo jak dla niej jest to całkiem normalne), ta patrzy się na nią wzrokiem zabójcy. Bo przecież to niewychowanie jest. 

Ale najczarniejszą magią jak dla mnie są tytuły naukowe/zawodowe. Wiecie, nie dość, że przez całe moje świadome życie, mówiłam do wszystkich po imieniu, to nikt nie kazał do siebie mówić inaczej, bo ktoś ma wysokie wykształcenie. I teraz uczęszczając na studia, czasem wolę trzymać język za zębami, bo jeszcze kogoś kto ma doktorat nazwę per magister i jeszcze mnie znienawidzi. 

A wy wolicie, żeby wam tykali czy panowali?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2014 Natalia bloguje , Blogger